Zegarmistrz Jest wtorek, 12 styczeń 2010. Późnym popołudniem podjeżdżam pod Halę Targową. Tutaj, na ulicy Grzegórzeckiej 7 prowadzi swój zakład Pan Józef Ciepiela. Pan Józef jest zegarmistrzem.

Byliśmy umówieni na ten dzień. Kilka dni wcześniej zawitałem do Pana Józefa, którego zakład znalazłem w Internecie. Powiedziałem, że prowadzę stronę subiektywnie.pl i że chcę na niej pisać o ciekawych ludziach uprawiających ciekawe zawody. Zapytałem, czy zgodziłby się na wywiad, reportaż o nim i o pracy zegarmistrza. Pan Józef odpowiedział, że w zasadzie ok, ale najpierw musi zobaczyć w domu na komputerze, co to za strona. Po kilku dniach skontaktowaliśmy się mailowo. Stanęło na tym, że przyjdę we wtorek, tak po 16, bo wtedy jest mniejszy ruch i można porozmawiać.

Więc jestem. Jest godzina mniej więcej 16:30, wchodzę do małego lokalu, w którym mieści się pracownia zegarmistrzowska Pana Józefa. Nikogo nie widząc chrząkam znacząco. Po chwili słyszę jakiś ruch na zapleczu. Niedługo później zza kotary wyłania się pogodna twarz starszego już, lekko siwiejącego pana.

P1000634

- A witam, witam – odzywa się Pan Józef, wpadając w moje “Dzień dobry”. – Niech się pan rozgości, zaraz wrócę.

Pan Józef znika z powrotem na zapleczu, a ja zdejmuję czapkę i szalik, w międzyczasie rozglądając się dookoła. Wokół wiszą wszędzie stare zegary, jest też trochę innych rzeczy, ozdobnych waz, lamp, starych żelazek, bo Pan Józef oprócz działalności zegarmistrzowskiej handluje też antykami. Wyciągam aparat i zeszyt, w którym będę robił notatki.

- A bo mam taką zołzę… – słyszę głos dobiegający z zaplecza – i trochę mam z nią utrapienie.

- To znaczy jakiś zegar? – zapytuję dla pewności, gdy Pan Józef wraca za ladę.

- Tak, przyniosła jedna klientka niedawno…

To mój pierwszy wywiad z kimś, kogo nie znam, trema jest większa niż podczas poprzedniego wywiadu z moim bratem. Lecz tu z pomocą przychodzi mi fakt, że Pan Józef to prawdziwy gawędziarz. Zaczyna opowiadać o zegarze, z którym się właśnie męczy, mówi, że trzeba to najpierw wszystko wyczyścić, bo to zakurzone i brudne. O, tak jak to – mówi, sięgając po inny zegar na półce.

- Widzi pan, ile tego kurzu tam jest?

P1000595 P1000597

Pan Józef pochyla się nad starym, podniszczonym zegarem, otwiera drzwiczki odsłaniające mechanizm tak, bym mógł zrobić zdjęcie. Jednocześnie opowiada o trzymanym w rękach eksponacie. Dowiaduję się, że to prawdziwy muzealny zabytek.

- Bernardo Zar… nie widać dobrze… Roma 1770… – czyta Pan Józef napis wyryty na pudełku chroniącym mechanizm zegara. – No i widzi pan, to trzeba wyczyścić najpierw, a potem naprawić. A tutaj mam już taki wyczyszczony, o, może pan zobaczyć…

To mówiąc Pan Józef bierze z półki inny zegar i pokazuje mi. Faktycznie, ten wygląda dużo lepiej.

P1000596

- Większości ludzi wydaje się, że naprawa zegara polega na jego wyczyszczeniu – kontynuuje zegarmistrz. – A to nieprawda. Wyczyszczenie to jedno, ale potem to trzeba jeszcze naprawić.

Skrzętnie notuję niniejsze zdanie i wsłuchuję się w wywód bohatera mojego reportażu. Dowiaduję się, że inni zegarmistrze czasami przynoszą tu zegary, z którymi nie są w stanie sobie poradzić. Gdy Pan Józef kończy myśl, postanawiam, że zacznę zadawać konkretne pytania.

- To może na początek opowie mi Pan jak zaczęła się Pana przygoda z tym zawodem?

- No dobrze… Więc tak, ukończyłem Zasadniczą Szkołę Zawodową na ul. Mickiewicza, wydział zegarmistrzowski, w roku 68.

Siadam na taborecie i zaczynam wszystko notować.

- Zasadniczą Szkołę Zawodową niech pan napisze, nie technikum, bo tu w tej gazecie to bzdury napisali, w technikum nie było takiej klasy – dodaje Pan Józef, pokazując na wycinek prawdziwej gazety ze swoim zdjęciem.

Następnie dowiaduję się, że po ukończeniu szkoły Pan Józef odbywał staż w Tarnowie-Mościcach. W tamtych czasach trzeba było odbyć staż, a nie było miejsca w Krakowie, bo tylu było chętnych.

- Po ukończeniu stażu musiałem znów zmienić miejsce, bo osiedle było zbyt małe jak na dwóch zegarmistrzów – dodaje Pan Józef. – Przeniosłem się więc najpierw do Tarnowa, na ulice Krakowską, tam pracowałem parę miesięcy, potem do Krakowa, tu też parę miesięcy. A potem zgłosiło się po mnie wojsko.

W tym momencie rozmowę przerywa nam skrzypnięcie drzwi. Do środka wchodzi klient. Przysłuchuję się rozmowie, słyszę dużo fachowego żargonu, wyłapuję coś o tarczy od Schaffhausena. Chłopak pyta czy “marmurek już gotowy”. Pan Józef mówi, że tak, i że do “tego Citizena” dopiero się przymierzał. Gdy chłopak wychodzi postanawiam wypytać o tego Schaffhausena. Dowiaduję się, że to znana marka zegarków, ale ten tu to był nieoryginalny, znaczy się podróbka, chociaż nie tak do końca, bo tylko koperta była oryginalna, a reszta to poskładane części z innych zegarków.

- Teraz trzeba bardzo uważać, szczególnie na tym allegro – mówi Pan Józef. – Trzeba czytać dokładnie opis, patrzeć na zdjęcia, bo mnóstwo podróbek jest.

Pan Józef opowiada mi o kilku przypadkach, z którymi miał do czynienia. Wspomina kobietę, której aukcję znalazł kiedyś na allegro, i która była wielce oburzona, gdy powiedział jej, że “oryginalny” zegar, który sprzedaje, tak naprawdę składa się z kilku części z innych zegarów. “A skąd pan to może wiedzieć patrząc na zdjęcie” – odpisała.

- No to jej tłumaczę, że 40 lat jestem zegarmistrzem i że takie rzeczy widzę od razu.

Pan Józef dodaje, że teraz strasznie dużo jest tego typu przypadków, gdy ludzie z kilku zegarów robią jeden i potem sprzedają za duże pieniądze nieświadomym klientom. Mówi, że dawniej, gdy była jeszcze państwowa Desa, też się zdarzały przypadki, że ktoś kupił tego typu podróbkę, a potem był wielce zdziwiony, gdy dowiadywał się co naprawdę nabył. Chociaż dzisiaj i tak jest lepiej, bo ludzie są trochę bardziej świadomi.

- Teraz tych podróbek jest cała masa i po prostu ludzie się przyzwyczaili, okrzepli i trochę nauczyli rozróżniać. Dawniej, jak ludzie jeździli do Jugosławii i przywozili zegarki to w ogóle nie wiedzieli co mają w ręku. Kiedyś ktoś prawie chciał mnie pobić, jak powiedziałem mu, że złota Omega, którą tak się chwali, wcale nie jest Omegą i wcale nie jest złota. – Śmieje się Pan Józef.

Gdy ten wątek powoli się wyczerpuje mówię, że nie dokończyliśmy jeszcze tematu samej pracy.

- Ano tak – mówi Pan Józef i kontynuuje opowieść.

Więc po powrocie z wojska znów był Kraków, w różnych miejscach, na Stradomiu, na Mikołajskiej, na Felicjanek, na Kopernika. Od 89-tego Pan Józef przeszedł na własną działalność, bo wcześniej to była praca w państwowej firmie. Od 4 lat jest tu, na Grzegórzeckiej.

- A, no i w 86-tym zdałem egzamin mistrzowski – dodaje z dumą Pan Józef. – Bo wcześniej miałem tylko tytuł pracownika wykwalifikowanego. Potem zastanawiałem się, czy nie zrobić czeladnika, ale sprawa jakoś się przeciągała. Ale w końcu postanowiłem, że warto mieć jakiś tytuł no i zrobiłem. Teraz mam tytuł mistrza – mówi, pokazując na ścianę, na której wisi dyplom.

W tym momencie drzwi znów się otwierają i do środka wchodzi kolejny klient.

- Dzień dobry, ile kosztuje wyczyszczenie zegarka? – pyta starszy jegomość.

- To zależy jakiego – brzmi odpowiedź. – Bo wie pan, zegarki są różne… – W tym momencie Pan Józef zaczyna tłumaczyć klientowi, że zegarek zegarkowi nie równy. – Ale tak średnio to około 70-80 zł.

Klient przytakuje głową ze zrozumieniem i wychodzi.

- A dlaczego wybrał Pan akurat tą pracę? – pytam ciągnąc dalej wątek pracy.

- Wie pan, ojciec był blacharzem, pracował w firmie budowlanej zajmującej się remontami. On wykonywał parapety, rynny. Wtedy było ciężko o wszystko, nawet o narzędzia, ale ojciec był tak dobry w tym co robił, że potrafił sobie sam narzędzia zrobić, gwintowniki i inne rzeczy. Po nim chyba odziedziczyłem zamiłowanie do mechaniki.

- A ma Pan dzieci? W jakim kierunku poszły?

- Tak, mam dwójkę. No więc syn poszedł w zupełnie innym kierunku – mówi Pan Józef, odchodząc na bok i odsłaniając wiszący z nim plakat. – Sam pan widzi.

Przyglądam się z zaciekawieniem, bo na plakacie widać młodego lekkoatletę, biegacza.

- To Pana syn? – upewniam się.

- Tak – stwierdza z dumą Pan Józef. – Jest teraz na zgrupowaniu w Spale. Biega na 400 metrów i w sztafecie 4×400, studiuje na AWF. Natomiast córka… też zupełnie w innym kierunku poszła. Studiuje chemię na UJ. Więc nie będzie niestety następcy w tym zawodzie – kończy Pan Józef, lecz na jego twarzy nie widać smutku, raczej delikatny uśmiech.

- A co jest najciekawsze w tej pracy?

- Najciekawsze… – zastanawia się Pan Józef. – Najciekawiej jest, gdy zdarzają się naprawdę rzadkie egzemplarze. Kiedyś miałem na przykład zegar podłogowy nakręcany samoczynnie przez silnik elektryczny. I najtrudniejsze było w tym to, że brakowało właśnie tego kluczowego mechanizmu. Więc trzeba było ten mechanizm od podstaw zaprojektować i wykonać.

Zaciekawiony tym tematem zaczynam dopytywać o szczegóły. Pan Józef podchodzi do zegara stojącego przy ścianie i tłumaczy mi na czym polega różnica pomiędzy tamtym zegarem, a takim zwykłym. Otwiera drzwiczki i chwytając za łańcuch pokazuje mi jak się naciąga normalny zegar ścienny. A w tamtym zegarze wszystko to działo się automatycznie, sterował tym silnik elektryczny, który włączał się, gdy waga zjeżdżała w dół do pewnego punktu i wyłączał, gdy po naciągnięciu waga osiągała żądaną wysokość.

Słucham tego wszystkiego z otwartymi szeroko oczyma, a Pan Józef, widząc moje zaciekawienie rozpoczyna mini wykład na temat zegarów.

Dowiaduję się więc sporo na temat różnicy pomiędzy zegarami kwadransowymi i kurantami. Mianowicie: zegar kwadransowy nie wygrywa melodii, wybija natomiast kwadranse i godziny. Natomiast zegar kurantowy wygrywa melodie co kwadrans, a do tego o pełnej godzinie wybija jej sygnał (tyle razy ile wskazuje godzina). Ciekawe są też same melodie. Niektóre zegary wybijają 4 dźwięki melodii co kwadrans, ale są takie, które mają ich po 8. Gdy więc nadchodzi pełna godzina to taki zegar zaczyna odgrywać pełną melodię, która składa się z 4 razy po 8 dźwięków (bo to 4 kwadranse) plus dźwięki godzinowe. Niektóre melodie są naprawdę oryginalne, na przykład “Panie Janie niech Pan wstanie”. Dobrze, że większość zegarów ma mechanizm wyłączenia tego ręcznie lub automatycznie na noc – śmieje się Pan Józef.

Wykład trwa nadal i Pan Józef sięga do gabloty, z której wyciąga naprawdę śliczny zegar. Mówi, że ta konstrukcja nazywa się Atmos, a firma Le Coultre.

P1000603 P1000605 P1000609

Ciekawostką w tych zegarach jest to, że same się napędzają. A dokładniej napędza je różnica temperatur. Zmiana temperatury o 1 stopień Celsjusza nakręca zegar na 7 godzin.

W tej chwili po raz kolejny przerywa nam rozmowę wejście klienta. Tym razem mężczyzna pyta ile kosztuje bateria do zegarka.

- Ja mam proszę pana baterie srebrowe, one są najlepsze, kosztują 12 zł.

- A to drogo – odpowiada klient i wykonuje ruch w kierunku wyjścia.

- Wie pan, może pan iść na plac i kupi pan zwykłą alkaliczną za 8 zł, ale na niej zegarek pochodzi panu 10 miesięcy i stanie. A taka srebrowa kosztuje 12 zł, ale zegarek na niej będzie chodzić 3 lata, więc niech się pan zastanowi, co się panu bardziej opłaca.

Klient stwierdza, że jednak nie ma tyle pieniędzy przy sobie i wychodzi.

- Co tanie to drogie – rzucam mądrą myśl.

- Otóż to – kwituje Pan Józef.

Tymczasem wracamy do tematu Atmosów, dowiaduję się, że tego typu zegary dostają oficjele (prezydenci i inni ważni goście) podczas wizyty w Szwajcarii. Ciekawi mnie strasznie ten mechanizm, robię więcej zdjęć. Pan Józef mówi, że to taki ulepszony zegar roczny, pokazując tym samym na ścianę z takim zegarem.

P1000633Przy okazji uczę się nowego pojęcia, bo nie wiedziałem wcześniej, że są tego typu zegary. Jedno nakręcenie daje takiemu zegarowi życie na 1 rok. Dowiaduję się też jak ważne w takich konstrukcjach jest równe i stabilne podłoże. Pan Józef opowiada mi o paru przypadkach, gdy klient przynosił do niego zegar, mówiąc, że nie działa, tymczasem w pracowni wszystko wyglądało w porządku. Okazywało się najczęściej, że wina leżała po stronie klienta. Gdy bowiem po kilku takich wizytach wciąż nie było wiadomo, o co chodzi, Pan Józef zazwyczaj jechał do klienta i na miejscu odkrywał przyczynę tajemniczej awarii. Raz klient był bardzo rosłym mężczyzną i po prostu podłoga z paneli uginała się pod nim tak, e trzęsły się meble, a już minimalny ruch takiego zegara jest dla niego szkodliwy. Innym razem pod wpływem temperatury wygięły się plecy zegara i wahadło nie mogło poruszać się tak, jak powinno.

Pozwalam sobie zmienić temat i pytam, jak wygląda kwestia zaopatrzenia zakładu w niezbędne części.

- To akurat ciężka sprawa – odpowiada Pan Józef. – Wie pan, hurtowni z częściami w zasadzie nie ma. Była kiedyś hurtownia z częściami do zegarków rosyjskich, ale zlikwidowali ją. Są hurtownie takich rzeczy jak paski, bransoletki, baterie, ale części do mechanizmów praktycznie nie ma. Do drogich, szwajcarskich zegarków to owszem, tak, ale do całej reszty brak. Wiec trzeba jeździć po targach staroci, skupować zegarki tylko na części. O, tu mam na przykład całą szufladę Atlanticów.

P1000612

- Czy mógłby Pan powiedzieć jak działa mechanizm zegarka? Tak w wielkim skrócie…

- Wszystkie zegarki działają na podobnej zasadzie. Jest główka do nakręcania, czyli koronka. Koronką poprzez wałek naciągowy i tryby, które są na wałku (beczka, półbeczka), oraz koło koronowe i koło zapadkowe nakręcamy zegarek. Zegarek składa się z napędu, czyli bębna ze sprężyną, przekładni chodu tj. koła minutowego, koła pośredniego, koła sekundowego, które obraca się jeden obrót na minutę, oraz wychwytu. W skład wychwytu wchodzi koło wychwytowe i kotwica. Następnym elementem jest regulator chodu zegarka, tj. balans. Ostatni element to przekładnia wskazań. Składa się ona z ćwiertnika, koła zmianowego i koła godzinowego. Na ćwiertniku jest umocowana wskazówka minutowa. Na kole godzinowym wskazówka godzinowa.

- I to wszystko – kończy z uśmiechem Pan Józef. – Całość mieści się w obudowie, która nazywa się kopertą.

Wszystko skrzętnie zapisuję, a następnie robię kilka zdjęć mechanizmów zegarków, jakie widzę rozłożone na ladzie do naprawy.

P1000644 P1000641

Moje kolejne pytanie dotyczy samej branży zegarmistrzowskiej. Ciekawią mnie realia prowadzenia tego typu działalności. Na to pytanie mina Pana Józefa robi się bardziej ponura.

- Z tym jest raczej ciężko. Władze miasta nie dbają o rozwój rzemiosła – stwierdza Pan Józef z rozżaleniem. – Koszty są bardzo duże, ZUS, lokal, podatek, media. Poza tym dużo jest domorosłych naprawiaczy, którzy często się nie znają i więcej zepsują niż naprawią. Ale rynek weryfikuje wszystko. W tym zawodzie trzeba mieć markę. Był tu niedawno taki jeden nowy zegarmistrz, po trzech miesiącach zlikwidował działalność, bo po prostu nie miał klientów.

- Z lokalem też nie jest prosto, bo wszyscy chcą mieć lokal w centrum, a to wcale też nie jest najlepsze, bo tu nie ma dobrego dojazdu. Więc często trzeba jeździć do klienta. A te rzeczy dużo ważą, to trzeba znieść, przewieźć, naprawić, odwieźć, to wcale nie jest lekka, siedząca praca.

- A jak widzi Pan przyszłość tego zawodu?

- Hm… no raczej w czarnych barwach… Nie ma nowego narybku, starzy zegarmistrzowie powoli odchodzą. Jak są jacyś nowi to ich wiedza z reguły jest bardzo znikoma. Ostatnio miałem ciekawy przypadek, przyszedł do mnie klient z zegarkiem, który wcześniej leżał trzy dni u innego zegarmistrza. Gość przez trzy dni nie potrafił w ogóle zegarka otworzyć! Próbował, myślał, że to musi być tak jak w dzisiejszych zegarkach, czyli na zatrzask. Wsadzał tam nóż, próbował podważać, w końcu prawie zepsuł dekiel. A ja wziąłem ten zegarek i na oczach klienta go otworzyłem, bo wiedziałem, że te zegarki mają kopertę rozkręcaną.

- Czyli do Pana przynoszą takie trudne przypadki?

- Tak, zgadza się – mówi z uśmiechem Pan Józef. – Ale ja mam taką zasadę, że jak nie wiem, to nie robię.

- A zdarzyło się, że nie podjął się Pan naprawy bo nie wiedział Pan jak się do tego zabrać?

- Nie, jeszcze się to nie zdarzyło – śmieje się Pan Józef. – Ja ogólnie pasjonuję się mechaniką, naprawiam nie tylko zegarki, ale też gramofony, polifony.

- Polifony? Co to takiego?

- To takie wczesne odtwarzacze płyt, tylko że płyty są z blachy. Melodia trwa dokładnie jedno okrążenie płyty. Jest to podobne do pozytywki.

W tym momencie Pan Józef naprawdę się rozkręca i zaczyna mi tłumaczyć zasadę działania polifonu. Przestaję notować, bo nie nadążam, i żałuję, że nie posiadam dyktafonu, bo w wykładzie Pana Józefa słyszę tyle ciekawych rzeczy, tyle fachowego słownictwa, że aż żal mi, że tego wszystkiego tu nie przeleję. Pan Józef podchodzi do szafki i wyciąga z niej plik skserowanych kartek.

- O, tu mam taki katalog z niemieckiego domu towarowego z 1905 roku.

Patrzę na karty, które Pan Józef rozkłada na ladzie. Pokazuje mi jak wygląda polifon, jeszcze raz zwraca uwagę na niektóre szczegóły. Potem przeglądamy dalej katalog, śmiejąc się z tego jak kiedyś wyglądały rzeczy, które znamy z codziennego życia. Na zdjęciach widać model suszarki do włosów sprzed 100 lat, szafy grające, gramofony, jest nawet grill elektryczny. Na twarzy Pana Józefa widać prawdziwą fascynację tym tematem.

P1000618 P1000613 P1000614

Nieuchronnie zbliża się godzina 18 i Pan Józef mówi, że musimy powoli kończyć, bo niedługo będzie zamykał. Przytakuję, bo nie chce nadużywać gościnności. Zaczynam się ubierać, ale czuję, że nie zadałem jeszcze wielu pytań, które chciałbym zadać. Zakładając czapkę pytam jeszcze:

- A czego wymaga ten zawód?

- Czego wymaga… Przede wszystkim spokoju. Nie da się pracować jak się panu ręce trzęsą. Tu często ma się do czynienia z bardzo małymi rzeczami, potrzebna jest więc precyzja.

To mówiąc Pan Józef pokazuje mi kilka modeli naprawdę małych zegarków. Opowiada też, że czasem trzeba dorobić “czopa” w osi jakiegoś kółka. Ostatnio wierciłem otwór o średnicy 0,6 mm w osi o grubości 1 mm. Dla lepszego zobrazowania pokazuje na suwmiarce ile to jest 1 mm.

- Kiedyś dostałem do naprawy zegarek z mechanizmem tak małym, że musiałem przygotować specjalną podstawkę, by móc go na niej położyć, bo standardowa, której używam, była za duża i zegarek wpadał do środka.

P1000611 P1000635 P1000636

- Czy poza zegarami ma Pan jeszcze inne zainteresowania?

- Tak, od dzieciństwa interesuję się fotografią. Poza tym bardzo lubię komputery, Internet, elektronikę.

Już prawie żegnam sie i wychodzę, ale jeszcze kątem oka zauważam na szafce z boku dwa modele żelazka. Biorę do ręki, oglądam. Dowiaduje się, że jedno jest na węgiel drzewny, a drugie to tzw. żelazko z duszą. Nigdy jeszcze takiego nie widziałem. Pan Józef śmieje się mówiąc, że to prawdziwe bezprzewodowe żelazko.

P1000627 P1000630 P1000631

To już koniec. Sporo się dziś dowiedziałem, sporo nauczyłem. Podajemy sobie dłoń, wychodzę, zostawiając za sobą niezwykle klimatyczny, pasjonujący świat zegarków. I ludzi, którzy od wieków się nimi zajmują. Takich, jak Pan Józef.

Niniejszym dziękuję Panu Józefowi Ciepieli za to, że zgodził się na ten wywiad.

Jacek



© 2006-2013 www.ciepielazegarmistrz.pl